Malarski świat Henryka Ostachiewicza wystawa z cyklu "Z galerii wspomnień" w Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie 9.09. - 3.10.2004 r.

          9 września 2004 roku odbyły się dwie uroczystości upamiętniające 30 rocznicę śmierci artysty malarza Henryka Osten Ostachiewicza. Inicjatorem i ich organizatorem była przede wszystkim rodzina artysty. Współorganizatorami zaś Zamek Książąt Pomorskich oraz Miasto Szczecin.
          O godzinie 16.30 odbyło się, w obecności około 100 osób, uroczyste odsłonięcie ufundowanej przez rodzinę tablicy pamiątkowej na frontonie budynku, w którym żył i tworzył artysta.
A o godzinie 17.00 - otwarcie wystawy Jego prac w Zamku Książąt Pomorskich.
          W Sali Elżbietańskiej Zamku z cyklu "Z galerii wspomnień" rodzina przedstawiła "Malarski świat Henryka Ostachiewicza", prezentując 83 obrazy artysty ze zbiorów prywatnych i Muzeum Narodowego. Obrazy były pogrupowane tematycznie, przedstawiały dawny Szczecin, pejzaże i miasta Pomorza Zachodniego, sceny z Powstania Warszawskiego, plenerowe wspomnienie z Włoch, życie rodzinne, portrety, karykatury, martwą naturę. Na sztalugach ustawiony był autoportret artysty z paletą, którego reprodukcja stanowiła logo uroczystości - na plakacie, zaproszeniach i katalogu.
          Przybyło bardzo dużo gości, była telewizja, radio, prasa. Uroczystość rozpoczął chór Politechniki Szczecińskiej "Collegium Maiorum" pod dyr. Pawła Osuchowskiego pieśnią Józefa Świdra do jakże mądrych słów Jana Kochanowskiego "Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary". Niełatwe życie i twórczość Henryka Ostachiewicza w laudacji przybliżył jego zięć Zbigniew Gonczaruk, zapraszając dzieci artysty do otwarcia wystawy. Zdejmując biało-czerwoną szarfę z autoportretu na sztalugach, syn Ryszard Ostachiewicz i córki Anna Gonczaruk i Barbara Ostachiewicz dokonali otwarcia wystawy. Uroczystość dostarczyła wiele emocji i wzruszeń całej rodzinie - oprawa muzyczna, rozmowy z gośćmi, ich zdziwienie liczbą i jakością prezentowanych prac, tematyką powstańczą, zatrzymanym realistycznie na płótnie życiem dawnego Szczecina, wywiady, komentarze, gratulacje, kwiaty. To rzeczywiście stała się galeria wspomnień. Wzruszające było liczne przybycie głuchoniemych widzów, znajomych i przyjaciół artysty, którym przebieg ceremonii tłumaczył językiem migowym prezes Polskiego Związku Głuchych Pan Jerzy Kałużny.
          Towarzyszący uroczystości poczęstunek także pozostawił miłe wrażenie, gdyż i pozostali członkowie rodziny niestrudzenie starali się czynić zadość życzeniom gości.
          Byliśmy poruszeni liczbą gości. Sterta katalogów stopniała błyskawicznie. Było ponad dwieście osób, co przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Panie z Biura Wystaw Zamku były wręcz zdumione taką recepcją. Zostało nam w pamięci, że wszyscy byli radośni i na swój sposób dumni z zaszczytu uczestniczenia w podniosłym wernisażu wystawy. Słyszeliśmy głosy, że takie obrazy chcieliby mieć w swoim domu. I my byliśmy dumni z naszego ojca i teścia, dziadka i pradziadka oraz wujka, bo tak liczną rodzinę zgromadziła ta uroczystość.
Dzieci w ten szczególny sposób podziękowały i odwdzięczyły się swojemu ojcu.

Otwarcie wystawy "Malarski świat Henryka Ostachiewicza", Szczecin, 9 września 2004



Szanowne Panie, Szanowni Panowie, Drodzy Przyjaciele, Rodzino.
Jeszcze raz dziękujemy Państwu za przybycie na dzisiejszą uroczystość.
Dla nas uroczystość bardzo ważną.
Dzisiaj oto otwieramy wystawę artystycznych dokonań wybitnego malarza Henryka Osten Ostachiewicza.
Czynimy to w 30 rocznicę Jego śmierci.
W swoim czasie anglosascy historycy sztuki przeprowadzili badania, których wynik, na swój sposób jest porażający. Z chwilą śmierci, świat zapomina o 95%-ach twórców, malarzy, pisarzy, poetów, kompozytorów, dyrygentów - zapomina o ich dziełach, ich dokonaniach.
Ich nazwiska bardzo szybko stają się obce, potem już nieznane.
Pozostałych 5% artystów to osoby wybitne, których dzieła same bronią się przed zapomnieniem i o których pamięć potrafią zadbać ich najbliżsi.
I tak jest z Henrykiem Ostachiewiczem.
Trójka Jego dzieci, inspirowana przez najstarszą córkę artysty Annę, przez bez mała rok przygotowywała cykl zdarzeń, które nie pozwolą zapomnieć o ich Ojcu.
Bo przecież był to i człowiek i artysta ze wszech miar znamienity.
Wielu twórców często szuka natchnienia w różnego rodzaju - parafrazując znany tytuł - udrękach i ekstazach.
Często, jak opisał laureat literackiej nagrody Nobla Patrick White w swoim nagrodzonym dziele pt. "Wiwisekcja", twórcy potrzebują wręcz masochistycznego udręczenia, gdzieś w australijskim buszu, gdzieś przy Uluru, świętej skale Aborygenów, pełnej bardzo surowych, metafizycznych odniesień. I to jest dla wielu ten niezbędny impuls do kreatywnych działań.
Henrykowi Ostachiewiczowi, to wszystko przygotował okrutny los.
We wczesnym dzieciństwie, na skutek przebytej choroby utracił słuch.
Uwierzył jednak w swój talent. Na pewno pomogły mu artystyczne korzenie pochodzącej z Wileńszczyzny rodziny (Konrad Krzyżanowski), a także surowe i mądre protestanckie wychowanie - ojciec Jego Kazimierz był superintendentem kościoła ewangelicko-reformowanego.
Ukończył szkołę rzemiosł artystycznych a w 1939 roku, mimo uciążliwej głuchoty, obronił dyplom na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Stał się malarzem - malarzem wybitnym.
Okrutna wojna zniszczyła praktycznie cały Jego dorobek artystyczny. Ostały się pojedyncze prace, te w szczególny sposób dokumentujące Powstanie Warszawskie.
Zwracam Państwa uwagę na młodzieńczy autoportret, cudem uratowany przez siostrę żony artysty - Panią Irenę Kwaśniewską. Obraz ten został wydobyty ze zgliszczy ich domu przy ul. Chmielnej 11 w Warszawie - stąd też jako swoiste memento, znak czasu, postanowiliśmy zostawić go bez konserwacji - komentarz o zdarzeniu jest załączony przy obrazie.
Ważnym jest podkreślenie czynnego udziału Henryka Ostachiewicza w Powstaniu Warszawskim. Pod konspiracyjnym pseudonimem "Zoryś" był żołnierzem jedynego chyba podczas II wojny światowej oddziału głuchoniemych. W okolicach Placu Trzech Krzyży, ulicy Książęcej, budynku YMCA walczył, tak walczył, mimo swego dotkliwego inwalidztwa.
Po latach okazało się, że w jednej kompanii walczył razem z Nim przyjaciel mego Ojca, żołnierza 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej, Pan Zbigniew Piasecki - głęboko i z szacunkiem kłaniam się Panu Panie Zbyszku.
Tuż po wojnie artysta osiadł w Szczecinie.
Należał do pionierów naszego miasta. Zakładał zręby pod organizację Polskiego Związku Głuchych, był animatorem walki z analfabetyzmem wśród głuchych.
Z kilkuosobową grupą artystów malarzy założył już jesienią 1945 r. filię Związku Polskich Artystów Plastyków.
9 grudnia 1945 roku w salach budynku przy dawnej ulicy Armii Czerwonej 32 wraz z trzema kolegami malarzami: Marianem Tomaszewskim, Kazimierzem Podsadeckim i Grzegorzem Maliszewskim zorganizował pierwszą w polskim Szczecinie wystawę malarską.
I znowu jakieś przekleństwo losu - w nocy z 12 na 13 grudnia 1945 roku budynek spłonął a wraz z nim kolejne prace artysty.
Nie załamał się. Zmagając się z trudnościami tamtych czasów nigdy nie przestał malować.
To był Jego żywioł, pasja, przeznaczenie.
Często malował z natury. Nieodłączna skrzyneczka z malarskimi przyborami, przenośna sztaluga i godziny spędzane w plenerach.
Duża część przepięknych, bardzo ciepłych pejzaży powstawała na plenerowych wywczasach u rodziny żony Zofii.
Były to dobra Państwa Kobylańskich i Szyszków w Krzyszkowicach, Pabierowicach, Rusinowie, czy w Drzewicy. Tam też część dzieciństwa spędziły dzieci artysty.
Jest z nami Krzysztof Kobylański, opiekun i starszy towarzysz ich zabaw. Dziękujemy Ci, Krzysiu.
Jak mówiłem Henryk Ostachiewicz zawsze malował.
W jego malarskich przygodach uczestniczyły dzieci. Córki Anna i Barbara, syn Ryszard. Mimo wielu przeciwności okrutnego losu - Henryk Ostachiewicz umożliwił całej trójce ukończenie studiów. A obie córki, trochę przewrotnie dla losu, prawie od zawsze śpiewają w chórze Politechniki Szczecińskiej.
Dzisiejsze uroczystości są jak gdyby spłatą pewnego długu.
Przy okazji dziękujemy dyrekcji Zamku, Paniom z Działu Wystaw, a szczególnie Panu Jurkowi Ząbczykowi za jakże życzliwą i profesjonalną pomoc w aranżacji wystawy.
Dziękujemy władzom Miasta Szczecina za sfinansowanie wydania plakatu, dziękujemy koleżankom i kolegom z Chóru "Collegium Maiorum" pod dyrekcją Pawła Osuchowskiego.
Dziękujemy Pani kustosz Marii Poszumskiej za piękny tekst w przedmowie do katalogu, a Jurkowi Undro za wspaniałe fotogramy.
Ale szczególnie, jako wydawcy katalogu, chcemy z żoną podziękować Pani Grażynie Ułaniak, szefowej Działu Wydawnictw Politechniki Szczecińskiej.
Pani Grażynko, bez Pani życzliwości, staranności i cierpliwości nasz katalog nie byłby tak dobry.
Jeszcze raz dziękujemy wszystkim naszym rodzinom z Wielkiej Brytanii, Francji, Norwegii, przyjaciołom z Niemiec i Kazachstanu - wszystkim Państwu, bo przecież każdy z Was ma chociażby maleńki wkład w zapisanie pamięci o Artyście.
Henryk Ostachiewicz namalował kilkaset obrazów rozproszonych po całym świecie.
Malował wysmakowane portrety, ciepłe pejzaże, trafnie uchwycone scenki rodzajowe. Dokonywał zapisu pozornie prostych, codziennych wydarzeń.
Był artystą, dla którego częste, efemerydalne nowinki malarskie nie stanowiły przesłania.
Kontynuował bardzo szlachetną sztukę, opartą na solidnym warsztacie, precyzyjnym rysunku, znakomitym wyczuciu koloru i psychologicznego wyrazu portretowanych osób.
Może był trochę staroświecki, ale jakże w tym piękny.
Otwieramy wystawę wielkiego, nie do końca odkrytego artysty Henryka Osten Ostachiewicza.
Proszę córki i syna o symboliczne otwarcie wystawy.

Zbigniew Gonczaruk (zięć artysty)


Córki Anna i Barbara oraz Syn Ryszard - tuż przed otwarciem wystawy
Organizatorzy: Anna z Ostachiewiczów i Zbigniew Gonczarukowie
40 lat później - córka Anna
Basia 50 lat później
60 lat później - wnuk Mikołaj Gonczaruk
Wnuczka Ala przy portrecie Babci
Basia 50 lat później z córką Alą
Synowie Krzysztof i Mariusz przy portrecie ojca - Ryszarda
Wnuk Mikołaj z żoną Anną i ... prawnukiem
Córka Artysty Anna z synem Mikołajem, i synową Anną z ...?
Wnuczka Joanna z rodzicami przy portrecie Dziadka
Wnuczka Joanna przy portrecie Babci
Wnuczka Joanna z córeczką Anią przy portrecie Babci
Szczecińska rodzina i kuzyn z Norwegii Andrzej Gawecki
foto: Wojciech Karkuciński, Ela Gawecka, Zbigniew Gonczaruk